Rejs po Balearach

balearyPalma de Mallorca

Nasz tygodniowy rejs po Balearach rozpoczyna się w Palmie – stolicy Majorki i Wspólnoty Autonomicznej Wsyp Balearskich. Całe szczęście, że układ przelotów zmuszał nas do przybycia dzień przed przejęciem jachtu, bo dzięki temu mieliśmy cały wieczór, noc i pół dnia na zwiedzanie tego przepięknego miasta. Wiedzieliśmy z przewodników, że w Palmie jest dużo atrakcji do zobaczenia, ale monumentalny urok tego miejsca przebił nasze wyobrażenia. Jedną z pierwszych budowli, witających przyjezdnych z lotniska jest wspaniała katedra La Seu, która góruje nad nabrzeżem Palmy. Na jej widok nawet osoby nie przepadające za zabytkami wydały okrzyk podziwu. Jazda taksówką do hostelu Pons, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg roznieciła nasz apetyt na wieczorne zwiedzanie miasta. Nasz hostel znalazł się po krótkich poszukiwaniach w jednej z wąskich uliczek w samym centrum. Już sam hostel miał swój niepowtarzalny urok. Rolę recepcjonistki pełniła młoda kobieta ubrana kolorowo z fioletowymi włosami a wszystkie pokoje orazi labirynt korytarzy i schodów były umeblowane starociami, jakie znaleźć można tylko na pchlim targu. Warunki na 3 ale charakter tego miejsca na 5+. Po szybkim orzeźwieniu i drinku zapoznawczym (nie wszyscy z naszej dziesiątki się wcześniej znali) ruszyliśmy na podbój Palmy.

Palma_La Seu_1Palma_La Seu_2

 

 

 

 

 

Katedra La Seu górująca nad Palmą z zewnątrz oraz w środku równie monumentalna

Oczywiście pierwszym punktem, dokąd się skierowaliśmy była Katedra La Seu mijając po drodze Palau de l’Almudaina. Następnie w górę uliczkami aż do Placa Mayor, gdzie przysiedliśmy w ogródku na pierwszy lokalny posiłek popity zimnym piwem oraz sangrią. Przepyszne tapas – przekąski z lokalnych przysmaków (oliwki, owoce morza, sery, wędliny) oraz dania z owoców morza pozytywnie nas nastroiły do całego rejsu. Po kolacji aleją wysadzaną platanami Passeig des Born wróciliśmy na nabrzeże i ruszyliśmy w kierunku portu, aby zobaczyć nasz nowy dom na tydzień – nasz jacht.

Palma1Palma2

 

 

 

 

 

Zwiedzanie Palmy za dnia i nocą – za każdym razem zachwyca

Do mariny naszego armatora Alboran Charter był kawałek drogi, ale przyjemnie się szło wzdłuż nabrzeża, oglądając jachty czekające na swoje załogi. Z portu jest również piękny widok na oświetloną katedrę, która góruje nad miastem. W końcu udało się nam odnaleźć nasz jacht – Oceanis 461 o nazwie Pampero, po czym spokojnie mogliśmy się udać z powrotem do hostelu na odpoczynek przed nową przygodą. Następnego dnia wstaliśmy wcześnie rano, żeby w świetle dnia jeszcze raz przemierzyć urocze uliczki Palmy oraz zwiedzić katedrę od środka. Katedra od wewnątrz jest równie monumentalna jak od zewnątrz i panuje w niej przyjemny chłód w odróżnieniu od rozpalonych południowym słońcem ulic miasta. Spacer tymi samymi uliczkami w dzień był dużo bardziej męczący niż wieczorem z uwagi na upał. Na szczęście zawsze można przysiąść w ulicznych kawiarenkach na lody lub chłodne napoje, co też czyniliśmy.

Palma3Palma4

 

 

 

 

 

Mariny na nabrzeżu pełne są jachtów, wśród nich czekający na nas Oceanis 461 „Pampero”

Po obiedzie w lokalnej knajpce podzieliliśmy się na grupy i ruszyliśmy do swoich zadań, aby jeszcze tego samego dnia wypłynąć w morze. Jedna grupa ruszyła do portu przejąć czekający na nas jacht. Druga grupa ruszyła do hostelu po zostawione tam bagaże a trzecia grupa poszła do supermarketu aby zrobić zakupy na rejs. Po około dwóch godzinach spotkaliśmy się wszyscy na jachcie i zaczęliśmy przygotowania do wypłynięcia. Od armatora otrzymaliśmy jeszcze miły prezent na dobry początek rejsu – schłodzoną butelkę szampana i mogliśmy ruszać ku morskiej przygodzie.

Isla Cabrera

Po wypłynięciu z Palmy skierowaliśmy się na południe w stronę małej wyspy Cabrera oddalonej o 18 km od Majorki. Wyspa ta wraz z okolicznymi wodami i mniejszymi wysepkami tworzy Morsko-Lądowy Park Narodowy, gdzie można spotkać rzadkie i endemiczne gatunki fauny i flory. W czasie wojen napoleońskich więziono tu 9 tysięcy francuskich jeńców, obecnie zamieszkuje ją ok. 50 osób i nie ma zbyt wielu turystów. Aby móc zacumować przy wyspie oraz wejść na jej teren potrzebne jest specjalne zezwolenie. Warto jednak się o nie postarać, ponieważ surowe piękno tego miejsca zachwyci każdego.

Cabrera 3Cabrera 2

 

 

 

 

 

Zatoka Puerto de Cabrera – jedyne miejsce, gdzie można kotwiczyć

Zakotwiczyliśmy jacht w zatoce nad ranem i wachta, która „była na chodzie” widząc lazurowy błękit wody nie mogła się powstrzymać i wskoczyła cała do wody. Słysząc okrzyki typu „Patrz, jaka ryba!” cała reszta też się zwlekła ze swoich koi, żeby podziwiać miejsce, w którym staliśmy. Po pierwszym wspólnym śniadanku na jachcie odpaliliśmy szampana od armatora i uznaliśmy rejs za rozpoczęty. Potem wcisnęliśmy się w maski i płetwy i podziwialiśmy czystą wodę i ciekawskie ryby dookoła naszego jachtu. W ruch poszedł też różowy dmuchany materac, który jakimś cudem zmieścił się w bagażu. Wodnym zabawom nie było końca. Jak już się wszyscy nasycili słoną wodą i widokiem dna, to przetransportowaliśmy się całą ekipą na ląd, aby odkryć lądowe atrakcje Cabrery.

Cabrera 4Cabrera 1(1)

 

 

 

 

 

Zabawom w lazurowej wodzie w zatoce nie było końca

Wycieczka krętą ścieżką w stronę latarni morskiej na półwyspie Cap de N’Ensiola okazała się nie lada wyczynem w tej temperaturze. Po przebyciu około 2/3 drogi wszyscy zgodnie stwierdzili, że właściwie, to z tego miejsca dobrze widać latarnię i nie musimy iść dalej. Jeszcze tylko pamiątkowa fotka i mogliśmt wracać z powrotem na jacht. Po drodze mijaliśmy mnóstwo małych jaszczurek, które też były nas ciekawe. Jeden kolega, który pozwolił, aby jaszczurka podeszła blisko jego dużego palca u nogi, został przez nią po krótkim obwąchaniu uznany za apetyczny kąsek. Jaszczurka nagle rzuciła się na palec, jakby go chciała odgryźć, ale nie zmieścił jej się do paszczy, no i kolega uciekł. Jednak nie zraziło go to, żeby kolejną jaszczurkę poczęstować wodą z nakrętki od butelki, z czego ona chętnie skorzystała.

Cabrera 5Cabrera 6

 

 

 

 

 

W drodze do latarni morskiej i w drodze do Błękitnej groty na Cabrerze

Po powrocie na jacht i szybkim posiłku wszyscy ponownie wskoczyli do wody i bawili się jak dzieci na basenie. Główną atrakcją było pływanie pośród ławicy ryb, które się zebrały w cieniu naszego jachtu. Późnym popołudniem zwinęliśmy się, aby jeszcze w świetle dnia zobaczyć miejscową Błękitną grotę (Sa Cova Blava) na północno-wschodnim brzegu wyspy. Grota ma 20m wysokości i można do niej wpłynąć pontonem i podziwiać błękitne refleksy na ścianach, jakie nadaje światło odbite od wody. To nasza ostatnia atrakcja na wyspie Cabrera. Po przyjemnym odpoczynku na łonie natury popłynęliśmy na Ibizę, aby posmakować sławnej na całym świecie nocnej rozrywki.

Ibiza – Eivissa

Po nocnym rejsie bez większych emocji (po całym dniu na Cabrerze wszyscy spali jak aniołki) nastał kolejny piękny i słoneczny dzień. Tym piękniejszy, że był to upragniony dzień, a raczej noc, na słynnej z imprez Ibizie. Zmierzaliśmy do Eivissy – stolicy wyspy. Już z daleka przyciągał nas widok Górnego Miasta (Dalt Vila) otoczonego murami, wznoszącego się nad stromym skalistym zboczem. Po wpłynięciu do zatoki oczom naszym ukazała się druga część miasta – dolna, bardziej nowoczesna i pełna życia.

Ibiza_Eivissa_1Ibiza_Eivissa_3

 

 

 

 

 

Górne i dolne miasto Eivissa W marinach królują jachty motorowe

Załoga na ten widok była już w dobrych nastrojach i w pełnej gotowości do poznawania uroków tego najpiękniejszego i największego miasta Ibizy, ale najpierw trzeba gdzieś przycumować. I tu pojawił się problem… Mariny w Eivissie znajdują się po drugiej stronie zatoki. Są trzy, więc teoretycznie jest wybór. Po wywołaniu jednej z nich przez radio, okazało się, że w niej miejsc nie ma. Wpłynęliśmy więc do Mariny Botafoch, gdzie znalazło się dla nas jedno wolne miejsce pomiędzy ogromnymi jachtami motorowymi. Kapitan poszedł zapłacić a my oddaliśmy się przygotowaniom do postoju. Już byliśmy gotowi do szykowania się do zabawy, gdy kapitan wrócił z opadniętą nieco szczęką. Okazało się, że cena za nasz skromny przy sąsiednich jacht to 250 Euro. Oburzyliśmy się na takie potraktowanie i stwierdziliśmy, że to jakaś burżujska marina i obok na pewno będzie taniej. Wysłaliśmy zwiad do sąsiedniej mariny. Niestety, okazało się, że tam wcale nie jest lepiej. Krótka narada wojenna i zapadła decyzja: trudno, zapłacimy tę cenę, bo nie ma innego wyjścia, jeżeli chcemy bawić się w imprezowej stolicy świata. Żeby zaoszczędzić, zamiast wyjścia do knajpy zarządziliśmy gołąbki przywiezione z Polski z ryżem na obiad.

Ibiza_Eivissa_5Ibiza_Eivissa_6

 

 

 

 

 

Wieczorem Eivissa rozświetla się, a jej ulice ożywają

Po obiedzie wybraliśmy się w końcu na upragnione zwiedzanie miasta. Z naszej mariny na drugą stronę pływa stateczek przewożący ludzi do głównej części Eivissy. Zabraliśmy się nim i szybko zapomnieliśmy o cenie mariny. Miasto okazało się przepiękne, szczególnie jego zabytkowa część Dalt Vila, pięknie położona nad wejściem do zatoki. Chodzenie wąskimi uliczkami pełnymi turystów, sklepów z pamiątkami oraz małych restauracji to wielka przyjemność. Po zmroku miasto jakby ożywa, rozświetla się a na ulice wychodzą ludzie. Po tak przyjemnym spacerze, rozluźnieni wróciliśmy z powrotem stateczkiem do mariny, żeby odpocząć i przygotować się do głównego punktu programu – imprezy na Ibizie. Na jachcie urządziliśmy prawdziwego biforka. Żeńska część załogi (6/10) założyła najbardziej sexy ubrania, jakie miała (nie licząc bikini) i buty na obcasie wzięte specjalnie na tą okazję, do tego makijaż i męska część załogi (4/10) z trudem poznała swoje koleżanki. Przygotowania męskiej części załogi były mniej skomplikowane – otworzyli schłodzone napoje. Po takim wstępie całkiem wesołą już gromadką ruszyliśmy ponownie stateczkiem na podbój Eivissy.

Ibiza_Eivissa_8Ibiza_Eivissa_9

 

 

 

 

 

Zwiedzanie Eivissy w dzień……………………………..i w nocy

Po dotarciu do miasta zaczęliśmy się rozglądać za imprezą. Impreza sama nas znalazła, bo ulicami przeszła cała kawalkada skąpo ubranych tancerek na niebotycznie wysokich szpilach oraz tancerzy zapraszających do klubu El Divino. Popytaliśmy ludzi (również miejscowych Polaków), gdzie znajdziemy najlepszą imprezę. Informacje były sprzeczne: część osób powiedziała, że w poniedziałki w Eivissie nic nie ma i trzeba jechać autobusem do Sant Antoni, ktoś nas wysłał do klubu Space i jeszcze wiele innych propozycji. Skołowani trochę i niecierpliwi wybraliśmy najbliższą opcję – okolice klubu Space, gdzie miało być mnóstwo barów i mniejszych dyskotek. Kiedy już się tam znaleźliśmy przyłączyliśmy się do podobnie jak my wesołej grupki Anglików, którzy zmierzali do dyskoteki. Nazwy jej ani adresu nikt już dawno nie pamięta. Bawiliśmy się tam cały wieczór przy różnych rytmach imprezowych. Właściwie miejsce to niewiele się różniło od znanych nam miejsc w Warszawie, czy w innych miastach. Najważniejsze, że towarzystwo było super. Imprezę zakończyliśmy na plaży Bora Bora, o której piszą w przewodnikach, że można tam iść na after party. Niestety, oprócz kilku par i nas, nikogo tam nie było i nic się specjalnego nie działo. Wróciliśmy więc nad ranem na jacht, żeby jeszcze zdążyć się wyspać przed wypłynięciem z portu. Nikt nie chciał się przypadkiem załapać na kolejną dobę w tym nie tanim wcale porcie.

Formentera – Espalmador

Po nocnych szaleństwach na Ibizie płyniemy na południe w kierunku pobliskiej wyspy Formentera, znanej z pięknych i mało zatłoczonych plaż, żeby tam odpocząć. Kotwiczymy w dużej zatoce na południowej stronie wyspy Espalmador leżącej pomiędzy Ibizą a Formenterą. Jest to ulubione miejsce postoju żeglarzy w tej okolicy. Jachtów jest więc całkiem dużo i nie udaje nam się znaleźć wolnej boi, do której moglibyśmy przycumować. Stajemy więc na kotwicy i od razu ładujemy się w dwóch turach na ponton, żeby jak najszybciej dostać się na plażę.

Espalmador_1Espalmador_2

 

 

 

 

 

Długie, piaszczyste plaże i lazurowa woda zachęcają do kąpieli wodnych i słonecznych

Plaża jest długa, biała i piaszczysta a woda przy brzegu niesamowicie niebieska. Plażowiczów nie jest jednak wielu, ponieważ można się tu dostać tylko jachtem. Woda zachęca do kąpieli i snurkowania a widoki są piękne, z tego miejsca widać bowiem cumujące jachty. W oddali zaś rysuje się charakterystyczna sylwetka wyspy Es Vedra. Nasza wesoła gromadka nie czekając na znak od razu wskoczyła do lazurowej wody.Kiedy zaspokoiliśmy pierwszy głód kąpieli rozpoczęliśmy dalszą penetrację plaży. Z tego miejsca można przy sprzyjających warunkach przejść wodą w najpłytszym miejscu na pobliską Formenterę. Woda w przejściu sięga, w zależności od wzrostu przechodzącego, od pasa do ramion. Na brzegu Formentery, o ile przebolejemy kamienistą ścieżkę kaleczącą bose stopy, można zobaczyć tajemnicze rzeźby i budowle ułożone z kamieni i różnych rzeczy, które morze wyrzuciło na brzeg. Robią naprawdę duże wrażenie, bo nie wiadomo, kto i po co je tak ułożył.

Espalmador_3Espalmador_4

 

 

 

 

 

Przejście z Espalmador na Formenterę zabawy integracyjne na plaży

Po powrocie na naszą plażę spędziliśmy na niej jeszcze trochę czasu podziwiając podwodne skały oraz po prostu wylegując się na piasku. To była przyjemna odmiana po zwiedzaniu Eivissy. Z plaży obserwowaliśmy wspaniały zachód słońca. Kiedy już się ściemniło postanowiliśmy wrócić na jacht. W gasnących promieniach słońca nie było łatwo odnaleźć ten nasz pośród wielu kotwiczących jachtów, ale w końcu się udało. Przy okazji udało się nam również dokonać dobrego uczynku, ponieważ pierwsza tura wracająca na pontonie napotkała inny samotny ponton odpływający od brzegu. Pewnie fala go zabrała, bo nie był wystarczająco daleko wciągnięty na plażę.

Espalmador_5Espalmador_6

 

 

 

 

 

Wieczór w zatoce na Espalmador jest równie piękny, jak dzień

Odholowaliśmy go do brzegu, ale powracający właśnie właściciele chyba myśleli, że chcieliśmy go zwinąć, bo nawet nie podziękowali… Na jachcie urządziliśmy przyjemną kolacyjkę, żeby dopełnić ten przyjemny dzień i poszliśmy spać. Następnego dnia mieliśmy w planach ostre plażowanie od samego rana.

Majorka – Sa Calobra

Następnego dnia rano obudziliśmy się wcześniej niż zwykle nie mogąc się doczekać plażowania w tej uroczej zatoce. Niestety pogoda ośmieliła się pokrzyżować nasze plany… Silny wiatr i gęsta warstwa chmur wcale nie zachęcały do kąpieli. Przeciwnie, sprawiły, że cała załoga zgodnie zadecydowała, żeby płynąć dalej, ku promieniom słońca. Podnieśliśmy więc kotwicę i ruszyliśmy w daleką drogę z powrotem na Majorkę omijając Ibizę od zachodu. Po drodze czekał nas widok z bliska na Es Vedrę – tajemniczą skałę położoną przy południowo-zachodnim brzegu Ibizy. Według legend to właśnie z tej wysepki syreny kusiły Odyseusza i jego załogę swoim głosem. Niektórzy widzieli tam też UFO.

Es_Vedra_1(2)Es_Vedra_2

 

 

 

 

 

Oczekiwanie na widok na Es Vedrę Es Vedra

Byliśmy więc pełni oczekiwań zbliżając się w kierunku tej niewielkiej wyspy. Z bliska okazało się, że żadne syreny ani ufoludki nas nie zaczepiały i właściwie prócz skał nic niezwykłego na Es Vedra nie dojrzeliśmy. Było wszakże trochę emocji, ponieważ przy przepływaniu między Es Vedrą a jeszcze mniejszą wyspą Vedranell tworzyła się dysza i wiatr się wzmagał. Chmury też wyglądały nieciekawie i nie wiedzieliśmy, czy nie czeka nas jakaś burza, tym bardziej, że w oddali widać było błyski. Po przepłynięciu przez zwężenie sytuacja się ustabilizowała, jednak mocny wiatr i coraz większa fala przypomniały nam, że to Morze a nie Mazury. Niektórzy odkryli właśnie, że są podatni na chorobę morską. Cały przelot trwał jeszcze dzień i całą noc.

przelotSa Calobra 1

 

 

 

 

 

Zaczyna bujać… Plaża w Sa Calobra na końcu wąwozu

Nad ranem widok zatoki Sa Calobra, w której zakotwiczyliśmy zrekompensował nam jednak niedogodności dłuższego żeglowania na fali. I to z nawiązką. Brzeg zbudowany z wysokich skał i tylko na środku ujście wąwozu dochodzące do wody tworzyło plażę szerokości ok. dwudziestu metrów. Woda w zatoce miała prawdziwie turkusowy kolor. Nad ranem ciemniejszy odcień, wraz ze wznoszeniem się Słońca przemieniał się stopniowo w jaśniutki lazur. Pusta z początku plaża, szybko zaczęła się zapełniać i ok. 10 rano nasycenie ludźmi osiągnęło maksimum. Nasza ekipa, jak zwykle w takim miejscu nie zmarnowała okazji, żeby popływać i poopalać się. W ruch poszły maski, fajki, okulary przeciwsłoneczne i olejki do opalania. Obsługa zaserwowała zimnego arbuza i sangrię.

Sa Calobra 2Sa Calobra 3

 

 

 

 

 

Panowie polują na ciekawe „okazy” na plaży a panie korzystają z pięknej pogody na jachcie (w tle wielka gala flagowa).

Kiedy już odpoczęliśmy po trudach żeglowania i wszyscy ponownie uwierzyli, że na jachcie jest jednak fajnie podróżować, załoga się podzieliła według płci. Mężczyźni, jak ich praprzodkowie, ruszyli na polowanie, a kobiety pozostały w bezpiecznym miejscu wygrzewając się na słońcu. Kiedy chłopcy już wrócili z wyprawy krajoznawczej z łupami w postaci zdjęć dziewczyn topless, nawet nie zauważyli wielkiej gali flagowej przeciągniętej przez maszt, złożonej z ich zawieszonych na linie gatek. Potem była zmiana i dziewczyny ruszyły na podbój lądu, a było co podbijać. Zaraz za plażą w głąb lądu prowadzi imponujący wąwóz Torrent de Pareis (Rzeki Bliźniaków). Z początku szeroki, zwęża się i droga staje się coraz trudniejsza, wymagająca wspinaczki. Po pionowych skałach skaczą z lekkością miejscowe kozy, których jest tu bardzo dużo i wszędzie widać ich ślady w postaci bobków.

Sa Calobra 4Sa Calobra 5

 

 

 

 

 

Jachty w zatoce widok z plaży

Po pełnym wrażeń dniu grupa męska z grupą żeńską połączyły się w końcu, aby z plaży podziwiać zachód słońca przy kanapkach z pasztetem i resztkach wina, jakie nam zostało. Był to moment nostalgicznych rozmów. Następnego dnia mieliśmy wracać do portu macierzystego w Palma de Mallorca a potem z powrotem do rzeczywistości…

Powrót do Palma de Mallorca

Z Sa Calobra do Palma de Mallorca jest ładny kawałek drogi. Wyruszyliśmy więc przed świtem, żeby zdążyć zatankować i stawić się w porcie macierzystym przed zmrokiem. Po drodze ostatni wschód słońca, jaki obserwowaliśmy z jachtu oraz podziwianie południowo-zachodniego wybrzeża wyspy. Żeby zdążyć na czas konieczne było płynięcie równocześnie na silniku i na żaglach, co na Mazurach jest uznawane za świętokradztwo. Im bliżej Palmy, tym więcej pojawiało się jachtów powracających z rejsów. Cała załoga wyległa na pokład łapiąc łapczywie ostatnie promienie słoneczne i próbując na zapas naoglądać się ostatnich widoków z jachtu.

Sa Calobra_Palma_11Sa Calobra_Palma_22

 

 

 

 

 

ostatni wschód słońca z jachtu łapanie ostatnich promieni słonecznych na Balearach

Jeszcze tylko tankowanie w ostatnim porcie przed Palmą (w Palmie w piątki do tankowania są ogromne kolejki) i już wpływaliśmy do znanej nam już mariny Alboran. Idealne wejście w ciasne, wyznaczone nam miejsce przy niemałej widowni pracowników Alboran Charter dało trochę satysfakcji kapitanowi i załodze. W nagrodę otrzymaliśmy powitalną butelkę zmrożonego szampana. I to koniec… Zostało nam już tylko się spakować, wykąpać i odbyć wieczór kapitański z tradycyjnym „osiołkiem” (chłodzący i pobudzający napój, którego receptura jest przekazywana członkom załogi na każdym rejsie). Atrakcją wieczoru był występ artystyczny części załogi zwanej białostocką, w którym zaprezentowali oni ułożoną przez siebie piosenkę o naszym rejsie. A oto zapamiętana część refrenu:„Hej hej wietrze wiej, Baleary są OK.”

mapa_Baleary

To prawda, Baleary są bardzo OK. My w tydzień odwiedziliśmy 5 wysp (Majorka, Cabrera, Ibiza, Espalmador, Formentera). Z perspektywy czasu patrząc tydzień na tą trasę to mało, żeby w pełni i na spokojnie odkryć uroki Balearów. Nasz rejs był bardzo intensywny: dużo pływania + dużo zwiedzania = dużo niezapomnianych wrażeń.