Rejs Chorwacja…już na morze czas

12808420391300Twój brat jedzie z nami na rejs do Chorwacji, a Ty nie chciałabyś jechać? sms od Kuby. Wiedziałam, że Mich jedzie, ale nawet nie przyszło mi do głowy, że ja też mogłabym pojechać. Ale już po kilku sms-ach zmieniłam zdanie. Wyobraziłam sobie morze, słońce, wiatr, jacht i już nie mogłam się na niczym innym skupić, już się w myślach pakowałam. Pieniądze? Nieważne pieniądze, jak będzie trzeba to wytrzasnę je spod ziemi. A co potem? Nieważne! będę myśleć potem, póki co jadę!!!

Załoga: Kuba – skipper, Agnieszka, Łukasz, Karolina, Andrzej, Inez, Artur, Michał, Ola, foki i kuny

Trasa: Kastela k/Splitu – Złoty Róg – Hvar – Korcula – Pomena (w. Mljet) – Kosirina (w. Korcula) – Rukavac (w. Vis) – Bisevo – Rogacic (w. Vis) – Vis – Veli Drvenik – Kastela k/Splitu

Piątek, godz. 12:05

Samolot z Warszawy do Dubrownika wzbija się w powietrze. Poza biznesmenami, turystami i matkami z dziećmi, na pokładzie znajduje się dziewięcioosobowa, przyszła załoga jachtu Panther, który gotowy do wypłynięcia czeka na nich w Marina Kastela w Chorwacji. Zapinamy pasy, niecierpliwi tego, co nas czeka…

c1c2

 

 

 

 

 

Lądujemy około godziny 15, pakujemy się do autobusu i jedziemy do centrum Dubrownika. Na dworcu czeka na nas Nicky i swoim prywatnym autem zawozi nas na trzy raty na kwaterę, gdzie wielopokoleniowa rodzina wita nas zimnym sokiem i rakiją. Po „odświeżeniu się” ruszamy do miasta. Dwadzieścia minut na piechotę zajmuje nam około godziny. Może oni tutaj biegają, nie chodzą… A w Dubrowniku czekają mury do zdobycia. Zdobywamy! Na murach rodzi się pierwsze kilkaset zdjęć, czerwone dachówki hipnotyzują nasze aparaty. Schodzimy na dół, myśląc już teraz tylko o jedzeniu. Szukamy knajpy Marco Polo, mamy tam obiecane 10% zniżki. Szukamy, ale to knajpa znajduje nas i jeszcze stawia dwie karafki wina na stół. Skoro tak, wchodzimy! Czas nam płynie sennie i przyjemnie, w tle rozgrywają mecz Latynosi z kimś tam i nawet trochę zbyt żylasty szaszłyk nie psuje nam humorów. Potem lody, spacer po starówce nocą i piwo w porcie. Powrót autobusem, hm nr 3 będzie za 35 min – ktoś sprawdza na rozkładzie. Po chwili mija nas nr 3 nawet się nie zatrzymując na przystanku, no cóż, no to na piechotę. Idziemy szybko, potem jeszcze szybciej zasypiamy.

c3c4

 

 

 

 

 

Sobota

Wstajemy o 6:30 i ruszamy na dworzec. Tam w małym sklepiku razem z Inez kupuję jedzenie na drogę. Pytam o burka… eee? burek? ekspedientka wzrusza ramionami Ola, zobacz, a czy to nie jest burek? Inez wskazuje na coś podobnego, do tego, czego szukam. Jak się później okazało, to był burek! Widać Chorwaci sami nie wiedzą, co to jest burek, mimo że przewodnik uprzejmie donosi, że jest to ich narodowa potrawa. Potem miałam w końcu okazję zjeść burek w Splicie, ale jeszcze nie taki o jakim pisze przewodnik.
Jedziemy, 5h do Marina Kastela. W drodze zadaję mnóstwo pytań. Michał jest już trochę podirytowany – a skąd ja mam to niby wiedzieć? – no to jak nie wiesz, to mów, że nie wiesz. – no to mówię, że nie wiem. No dobra, wszystkiego dowiem się w swoim czasie… – Kuba, a będzie bardzo bujać?
Kierowca wysadza nas w polu. Tłuczemy się z bagażami do mariny. Tam podział obowiązków. Kuba z Agnieszką idą załatwiać formalności i odbierać jacht. Ja z Arturem pilnujemy bagaży, a reszta idzie po zakupy. To wszystko trwa chyba ze cztery godziny, przynajmniej nam czas bardzo się dłuży. Upał straszny, wypijamy cała wodę i patrzymy czy przypadkiem cień nie rzuca cienia, ale nie rzuca i jest ciągle tak samo gorąco. Idę pod prysznic.

56

 

 

 

 

 

O 17 w końcu pakujemy się na jacht. Nasz piękny biały domek na 6 dni – Bavaria 44 BT ochrzczona w 2002 roku jako Panther. Krótkie szkolenie ze stawiania żagli, obsługi kabestanów, wiązania lin i zasad bezpieczeństwa. No właśnie a propos bezpieczeństwa… Na naszej łódce jest kilka rzeczy do wymiany m.in. wskaźnik wiatru na szczycie masztu. Panowie w czerwonych koszulkach rozpoczynają akcje pt. „it is broken, but I don’t know why” Jeden wspina się na maszt, drugi odpina bom, a trzeci gapi się na dwóch pozostałych. Ja żądna wrażeń siadam sobie na pokładzie, aby obserwować ten popis sprawności i umiejętności, siadam dokładnie pod bomem i za chwile… wooooooauuuuusłooooooodkijezuuuuuuucotooooooooooooo!!!??? a to właśnie bom, beztrosko położony przez czerwone koszulki na owiewce, zwalił mi się prosto na głowę. Przeklęty drzewiec ruchomy omasztowania żaglowca! Przeklęte czerwone koszulki! Przeklęty popis sprawności i umiejętności! Bom walnął mnie tak, że aż wycisnął z oczu łzy, które czaiły się pewnie na inną okazję, ale zaskoczone musiały wypłynąć teraz. Leżę sobie z lodem na głowie i myślę, co też wydarzy się dalej… a Łukasz kroi cebulę na kolację i nie mam pojęcia o czym myśli…

Niedziela

Wypływamy o 8. Stawiamy żagle, wiatr się wzmaga. Refujemy foka. Andrzej wybiera, Inez luzuje. Odbezpieczona lina jak szalona wyrywa jej się z rąk i ani myśli oszczędzić drobniutkich palcy Inez, niezabezpieczonych przez rękawiczki. Jeszcze nie wiem co się stało, bo Inez cichutko schodzi pod pokład, bez słowa skargi… Potem się okazuje, że palce są zdarte niemal do kości. Żeby tego było mało, pod pokładem Inez mdleje na widok krwi. Szybko! Woda, lód, opatrunek, nogi do góry… sytuacja opanowana. Uffff, już po strachu, obie pierwszy raz na rejsie i obie już zahartowane. No cóż, Neptun nikomu nie odpuszcza…

78

 

 

 

 

 

Kuba, a co to jest ta puszka nawigacyjna na tamtym jachcie? a ten hals, to wieje tak przez tego foga, znaczy foka? Karolina żądna wiedzy wypytuje o wszystko Kubę. Kuba cierpliwie odpowiada, a reszta załogi skręca się ze śmiechu pod pokładem. A potem będzie pytać o wszystko Karolinę…
Płyniemy do plaży Zlatny Rat na wyspie Brac. Cumujemy na kotwicy i wyskakujemy na kąpiel. A propos kotwicy, zaskoczyło mnie, że jej rzucanie polega na wciskaniu guzika pilota. Myślałam, że to żelastwo bierze się w ręce i wyrzuca hen daleko, ale jak zobaczyłam jak to żelastwo wygląda, przyznałam, że pilot to świetne rozwiązanie.
Pierwsza kąpiel i pierwsze snurkowanie. Mich jak zakłada płetwy, tak zdejmuje je na 5 minut przed wypłynięciem. Ja też zakładam płetwy, co prawda własnych nie posiadam, ale Karolina dzieli się ze mną swoim sprzętem. Ale fajnie, przeróżne rośliny, ryby i inne stworzenia i ta przepiękna turkusowa woda. Dopływam do plaży, znajduję kilka kamyków, hm jak by je przetransportować na jacht? hmmm już wiem! Wracam na łódkę, i dołączam do leniwych fok, co się foczą na pokładzie.
Na nocleg płyniemy do Hvaru. Decydujemy się stanąć w porcie przy boi. Rozglądamy się za wolną boją, ale zamiast boi, objawia nam się nagi facet, który niczym się nie przejmując, bierze prysznic na jachcie. Nie ma na co patrzeć, co innego gdyby to była naga kobieta, chłopaki od razu wyciągnęliby lornetki… Płyniemy na ląd pontonem. Ja z Karoliną trochę panikujemy, nagle tak blisko wody… ale jest fajnie, chłopcy panują nad sytuacją. Wystawiamy ponton na brzeg, a że obok jest śmietnik, zastanawiamy się, czy aby nie przyjedzie śmieciarka i nie uzna naszego pontonu za wrak do wyrzucenia… od tej chwili wspinając się na wzgórze, gdzie stoi twierdza Spanjola, cały czas zerkamy czy nasz ponton jest na swoim miejscu.

910

 

 

 

 

 

Widoki ze szczytu niczego sobie, morze, port, wyspy, małe białe domki z czerwonymi dachówkami, po drodze parada śródziemnomorskich roślin, agawy, opuncje, pinie etc. Obowiązkowo robimy zdjęcia, Kuba kręci film. Siadamy przy wejsciu do sredniowecznego więziena, aby odpocząć. Tam zaczepia nas dość dziwny, ale niegroźny Chorwat, pracownik muzeum. Gada trochę od rzeczy i wydaje mu się, że wie lepiej od nas, ilu mieszkańców ma Warszawa i co było przyczyną katastrofy pod Smoleńskiem.
Schodzimy ze wzgórza i spacerujemy po miasteczku. Kelnerzy nagabują na kolację w małych klimatycznych restauracjach, gdzie w lodzie leżą owoce morze i przeróżne ryby, wśród nich ryby chleby – niezidentyfikowane stwory wyglądające jak dobrze wypieczony chleb razowy, niezbyt apetyczne. Wszystkiemu towarzyszy zapach lawendy. Znowu idziemy pod górkę, powłóczyć się wąskimi uliczkami. – ale pięknie, ile tu mają kwiatów i roślin – zachwycam się – jakby pod moim oknem codziennie przechodziły setki turystów, to też bym wystawił kwiaty, nasturcje! – stwierdza Kuba – Nasturcje to najpiękniejsze kwiaty! – a Ty, Kuba w ogóle wiesz jak wyglądają nasturcje? – włącza się Karolina. Nie, ale tylko to mi przyszło do głowy. Schodzimy, zataczając się ze śmiechu. A gdzieś tam na morzu żyje rodzina delfinów, ale można je zobaczyć tylko „if you have luck”. Niestety do końca rejsu we don’t have luck, mimo że usiłujemy zwabić rodzinę delfinów różnymi smakołykami m.in. arbuzem, tylko, że nikt z nas nie ma pojęcia, czy delfiny lubią arbuzy.

1112

 

 

 

 

 

Poniedziałek

Dzisiaj mam wachtę kambuzową. Wstajemy o 7:30, śniadanie zaplanowane jest na 9. Wypływamy, żagle góra. Schodzę z Arturem pod pokład robić jajecznicę. Mdli mnie, więc wychodzę zaczerpnąć świeżego powietrza. Chwilę siedzę i patrzę na horyzont jak przykazał poradnik Velmundi. Ponownie schodzę na dół, znowu mdłości, szybko wyskakuję i tym razem moje mdłości lądują za burtą. Już do południa nie schodzę pod pokład, w kuchni zastępuje mnie Aga. Zmuszam się żeby zjeść choć trochę, jajecznica pycha, potem znowu ćwiczę patrzenie w horyzont i już jest coraz lepiej.
Płyniemy, płyniemy… potem jeszcze trochę płyniemy i dopływamy do zatoki, gdzie mamy w planach postój na kąpiel. Nie możemy się zdecydować, gdzie zacumować, może w Aga Bay? (zatoką, którą w przyszłości zakupi Kuba dla Agnieszki, pewnie będzie to na imieniny) W końcu wybieramy miejsce, Kuba za sterem, manewry, głębokość ok. 8 m. Do przodu, wstecz, do przodu, do przodu! jest do przodu, ale płyniemy wstecz. Jeszcze raz, wstecz-wstecz, do przodu-wstecz!!! Cholera, coś jest nie tak z silnikiem! Rezygnujemy z kąpieli, bo w obecnej sytuacji manewry mogą trochę potrwać. Decydujemy się płynąć od razu do portu. Wypływamy z zatoki, oczywiście tyłem. Kuba dzwoni do chłopaków w czerwonych koszulkach i wyjaśnia sytuację. Na odległość raczej nie są w stanie nam pomóc, obiecują przysłać mechanika na Korczuli. Ale nasi mężczyźni pokładowi nie w ciemię bici, po długiej debacie i oględzinach silnika wiedzą już co się stało. Zerwała się jakaś linka przytrzymująca coś tam i luzująca coś tam, tyle mniej więcej z tego zrozumiałam. Potrzebny nam będzie młotkowy! Młotkowy, czyli Artur siedzi pod pokładem, z głową w silniku i na komendę kapitana, zmienia młotkiem biegi. Mnie przypada rola pośrednika, czyli mam przekazywać Arturowi to, co mówi Kuba i vice versa. Wygląda to mniej wiecej tak: K: wsteczny! Ja: wsteczny! A: Jest wsteczny Ja: Jest wsteczny! K: luz! Ja:luz! A:co??!! głośniej!!! Ja: daj na luz!!! A: jest luz! Ja: Jest luz!..

1314

 

 

 

 

 

W ten sposób dopływamy do Korczuli. Okazuje się, że przy głównej kei nie ma już wolnych miejsc, krzyczymy do obsługi portu, że mamy popsuty silnik, ale najwyraźniej ich to nie interesuje. Opływamy cypel i tam szukamy miejsca. Coś cieńko to wygląda, miejsce jest na styk. Będzie ciężko tam zaparkować, szczególnie ze zmianą biegów na młotek, ale damy rade! Każdy ma wyznaczone zadanie, pomagają nam sąsiedzi z jachtów obok, parkujemy idealnie, brawo dla kapitana! Jeszcze mały dylemat jak ustawić trap, bo stoimy przy uskoku, ale co dziewięć głów to nie jedna!
Takie parkowanie trzeba koniecznie opić! 5-litrowe wino i chleb z oliwą będą w sam raz! Zapraszamy na jacht przechodzących Polaków, ale sztywni jacyś, wpada tylko Bogdan. Bogdan jest z Jarocina i lubi wypić, poza tym zna Grycana. Jakoś średnio nam tym imponuje, ale po kilku lampkach wina wszystko jedno czy ktoś zna Grycana czy królową brytyjską. Trochę już szumiącym krokiem ruszamy zwiedzić Korczulą i znaleźć dom Marco Polo. Dom Marco Polo znajdujemy, ale za to gubimy Artura, który potem ni stąd ni zowąd znajduje nas. Idziemy do portu, gdzie poznajemy Crazy Love i Fat Man oraz Little Fat Man, patrzymy w gwiazdy i robimy sobie zdjęcie z drewnianym jachtem pełnym kwiatów. Potem jeszcze spacer i tatuaż z henny. Mogła być pantera za 40 kn, ale wyszedł kwiatek gratis i wszystko przez Artura, albo dzięki niemu. Wracamy na łódkę i idziemy spać. Stoimy tak ciasno, że nic nie kołysze, no i dobrze! Mnie już dzisiaj dostatecznie wykołysało.

1615

 

 

 

 

 

Wtorek

Płyniemy na Mljet, tam mamy w planach zwiedzić Park Narodowy, klasztor na wyspie i malownicze słodkie jeziora, które na miejscu okazują się jeszcze bardziej słone niż morze. Do Parku wchodzimy wszyscy poza Arturem. Młotkowy postanawia wrócić na łódke… pewnie wcześniej wyhaczył tam coś do naprawienia. My biegiem na ostatni kurs promu do klasztoru. Skipper łodzi, na którą wsiadamy wygląda jakby urwał się z jakiejś gali; jasne spodnie, białe skarpetki, czarny wąsik, noga na nogę i leniwie kręci sterem. Ale dokręcił i przybiliśmy do wyspy. Pół godziny na zwiedzanie i wracamy. – To nie tramwaj, nie ma się czego złapać, haha… Wyjechałem do Sydney jako mały chłopak, sam, bez rodziców, na piechotę się tam dostałem, bo wtedy kontynenty były jeszcze złączone… hahaha – zagaduje nas Polak mieszkający na stałe w Sydney, który z grupą Austalijczyków zwiedza Europę.

1718

 

 

 

 

 

Idziemy się wykąpać, woda cieplutka. Spławiamy się przez kanał, krzyczymy i śmiejemy się jak małe dzieci. Potem powrót na łódkę, kolacja i … wyjątkowo nie pijemy… a to dlatego, że dzisiaj mamy w planach płynąć całą noc. O 21 podnosimy kotwicę i opuszczamy zdziwioną zatokę, która trochę później będzie miała okazję zdziwić się jeszcze bardziej. Wszyscy na pokładzie, Kuba opowiada nam, jakie są zasady pływania nocą. Szybko się ściemnia, na horyzoncie majaczą białe światełka. Przebieramy się w cieplejsze ciuchy. Robi się jakoś tak bardziej poważnie. Aga z Łukaszem, którzy mają wachtę, zakładają szelki. Reszta powoli szykuje się do spania. Przekonuję Karolinę, żeby przed 24 się chociaż trochę zdrzemnęła, bo potem padnie. Ja mam wstać o 4. Schodzimy pod pokład, ale nie mogę usnąć, kręcę się z boku na bok, Karolina chyba śpi. Słyszę stłumione głosy załogi na górze, ale nie rozróżniam słów, nagle! wrrrrrrr!!!!!!! silnik?!? Czemu włączyli silnik? Przecież wiał całkiem przyzwoity wiatr, mieliśmy chyba płynąć całą noc na żaglach… może przestało wiać… a to co? kotwica? no nie, coś jest nie tak! Chyba pójdę sprawdzić co się dzieje. Karolina też się budzi, – Która godzina? Za pięć północ! Cholera zaspałam! A przecież nastawiałam budzik na 23:45… aha, nastawiałam, ale na jutro! – Przecież mieli Cię obudzić, coś jest nie tak, bo zrzucili kotwicę, chodź zobaczymy! Wychodzimy na pokład. Okazuje się, że stoimy tam, skąd wypływaliśmy. Kuba dostał alarm sztormowy i wróciliśmy na silniku, żeby jak najszybciej dotrzeć do zatoki. Mich też wychodzi, sprawdzić co się dzieje. No dobra, skoro już stoimy, to możemy się napić! A że jest bardzo ciemno to trzeba sobie zaserwować podświetlane drinki. Tej nocy jeszcze raz wybudza mnie silnik. Okazuje się, że zdryfowało nas niebezpiecznie blisko brzegu i trzeba przestawić łódkę. Wracam do koi, z nadzieją, że w końcu zasnę.

Środa

Po raz drugi wypływamy z uroczej zatoki na wyspie Mljet. Tym razem wypływamy na dobre. Artur, którego nikt nie obudził o 4 na wachtę, bo wachty nie było, przeciąga się i zdziwiony pyta: dlaczego nie kąpiemy się w tej pięknej zatoce?
Tego dnia śpię trochę dłużej, za co potem muszę odpokutować chorobą morską. Usiłuję się ubrać i umyć, ale nic z tego. Jak z procy, jeszcze w piżamie, wyskakuję na pokład. Za burtą na pewno jest coś arcyciekawego i ja koniecznie muszę to zobaczyć… No dobrze, już lepiej, siedzę na pokładzie i znowu ćwiczę patrzenie w horyzont. Dopiero kiedy zatrzymujemy się na kąpiel w zatoce Kosirina czuję się zupełnie dobrze. Tam przepiękna turkusowa woda, tradycyjnie snurkowanie, opalanie, pływanie, aż się nie chce odpływać, jest tak pięknie!

1920

 

 

 

 

 

Potem długo, długo płyniemy, nasza wachta, trochę steruję, zygzak jest już chyba nieco mniejszy niż za pierwszym razem. Taką mam przynajmniej nadzieję. Zmieniam się z Arturem, teraz jestem „okiem” Łapie mnie śpik, na horyzoncie pusto, tutaj raczej nie będzie sieci… no i masz! – Ola, właśnie minęła nas kłoda! Słabe z ciebie oko! – Artur mi nie odpuści! – Ładnie to tak donosić kapitanowi na swojego współwachtowicza! – odcinam się. Potem jak na złość łamię sobie okulary słoneczne. Ale, jak mam znowu stanąć za sterem, Artur pożycza mi swoje i tak oto nasz konflikt wewnątrzwachtowy zostaje zażegnany. Potem Andrzej skleja mi okulary super glue. Różne rzeczy przydają się na rejsie.
Stajemy na kotwicy przy wyspie Rukavac. Główną atrakcją ma być mała regionalna knajpka, konoba. Jak się później okaże bardzo długą atrakcją… Ja z Karoliną, zdesperowane szukamy miejsca, gdzie możnaby wziąć prysznic. Postanawiamy popytać w apartments, tam muszą mieć prysznice. Pierwszy zaczepiony przez nas chłopak okazuje się wypoczywającym na wyspie wraz ze swoją dziewczyną Niemcem. Użyczyłby nam chętnie dostępu do swojego prysznica, ale nie wie, co na to jego dziewczyna… Ponieważ my też nie wiemy, co na to jego dziewczyna, postanawiamy jeszcze poszukać. Uczynny chłopak wskazuje nam jeszcze grubego faceta, który wynajmuje całe piętro i na pewno ma prysznic! Wystarczy nam jedno spojrzenie na gościa, żeby stwierdzić, że jednak tak bardzo nam nie zależy na myciu, zostałybyśmy jeszcze opatrznie zrozumiane… Umawiamy się z młodym chłopakiem, że pogada ze swoją dziewczyną i przyjdziemy za godzinę, ale nie przychodzimy, stwierdzając, że stałość ich związku jest ważniejsza niż nasze widzimisiemycie.

2122

 

 

 

 

 

Idziemy zjeść. Po przeanalizowaniu karty większość z nas zamawia smażony mix rybny. Dostajemy piwo, wino i czekamy na jedzenie. Rozmawiamy, śmiejemy się i czekamy na jedzenie… Obserwujemy kelnerkę i kucharzy, czekamy na jedzenie… Niektórzy idą się przejść po wybrzeżu, inni zamawiają już drugie piwo, czekamy na jedzenie, Łukasz z Arturem, którzy nic nie zamówili, wracają na łódkę, czekamy na jedzenie… zapada zmrok, czekamy na jedzenie… już się nie śmiejemy… czekamy na jedzenie!!!… W końcu! chyba po dwóch godzinach dostajemy upragnione ryby i owoce morza. Ku naszemu zdziwieniu w ramach mixu rybnego pojawia się tylko jeden rodzaj ryby. Kelnerka wyjaśnia nam, że aby dostać trzy różne, musielibyśmy zamówić gigantyczna porcję. Ciekawe, ile byśmy czekali na taką porcję… Ale rybka jest pyszna, zajadamy się i znowu się śmiejemy. Potem czekamy na rachunek, też jakoś długo… Wszystko to byłoby zrozumiałe, gdyby knajpa była pełna, ale jesteśmy tam jedynymi gośćmi. Najedzeni, wracamy na łódkę, gdzie czeka na nas schłodzone wino. Pijemy nieustanne zdrowie Karoliny.

Czwartek

Wypływamy. Pierwszy punkt to zielona grota, tuż za półwyspem. Drugi punkt – Błękitna Grota na wyspie Bisevo. Błękitna jest zdecydowanie ładniejsza od zielonej. Najlepszy czas na oglądanie błękitnej to przedpołudnie, między godzina 10, a 12. Wpasowujemy się idealnie. Nie tylko my, ze wszystkich stron suną jachty. W zatoce tłok. Jacyś Anglicy wpakowują się na miejsce, do którego się właśnie szykowaliśmy, nieładnie oj nieładnie. Wobec tego cumujemy gdzie indziej, bliżej brzegu. Do groty płyniemy na dwie tury.

2324

 

 

 

 

 

Jest przepięknie! Światło wpada od dołu, czyniąc wodę błękitno-tukusową, tak jasną, że aż mrużymy oczy. Podwodne skały, ryby i inne stworzenia widać jak na dłoni. Nie wolno tam nurkować, ale ktoś wyskakuje z pontonu. Zaraz pojawia się przewodnik, który przywraca śmiałka do porządku. Ten pokornie wraca na ponton. Trochę się naraził, ale co zobaczył, to jego. Wymieniamy się i do groty płynie druga część naszej załogi, a my w tym czasie wskakujemy do wody. Ja i Mich długo pływamy, podziwiając podwodny świat. Kiedy kieruję się już w stronę łódki, wydaje mi się, że coś jest nie tak. Czy ja tak daleko wypłynęłam, czy to jacht się oddalił? fala jakby większa… A co oni tak machają do nas, żebyśmy wracali, tak nam się śpieszy? Hmmm… dziwne. Dopływam spokojnie do łódki i tam dowiaduję się, że kiedy ja oglądałam dno morza, emocje na jachcie sięgały zenitu. Jakiś jacht z rosyjską załogą na pokładzie prawie na nas wpadł, przy okazji zrywając naszą kotwicę. Kiedy ja z Michem dotarliśmy do jachtu, po Rosjanach nie było już śladu. A oto co się działo: „Rosyjski’’jacht podpłynął do nas dosyć blisko i zaczepił o naszą kotwicę. W tym momencie jak na złość zmienił się wiatr. Cumy obu łódek splątały się, a jachty spotkały się burtami. Widać było, że rosyjska załoga jest zdezorientowana. Ich skipper, który stał za sterem zniknął pod pokładem, (najprawdopodobniej walnąć setkę, albo otworzyć książeczkę „żeglowanie w weekend”) Wyszedł dopiero po dłuższej chwili. Kuba wołał do niego: reverse gear!!! czyli bieg wstecz, ten patrzył osłupiały, widać, że nic nie rozumiał. Kuba już trochę podirytowany zawołał do innego załoganta: go reverse!!! Ten olśniony, przekazał polecenie swojemu kapitanowi: dawaj nazad!!! Wtedy ich jacht, ze spoconym i przerażonym kapitanem odpłynął, ale nasza kotwica była już zerwana i łódka dryfowała. Nie wiadomo co by było, gdyby Kuba nie robił w tej sytuacji za dwóch skipperów, pewnie Rosjanie ciągnęliby się z nami aż do Splitu. Nasz kapitan to jednak szacun!

2526

 

 

 

 

 

Po takich emocjach trzeba się koniecznie zrelaksować, płyniemy do pięknej zatoki Rogacic. Widać, że na tych terenach była kiedyś baza wojskowa. Na zboczach kilka wejść do bunkrów, oraz wielki bunkier dla statków. Wskakujemy do wody i płyniemy wpław do tej wielkiej, sztucznej groty, gdzie wita nas ciemność i doskonałe echo, brrrr.. dostaję gęsiej skórki, reverse gear! Wracamy do słońca! Na jachcie tradycyjnie zajęcia, foki się foczą, chłopaki ćwiczą skoki do wody, dokarmiamy mewę, która prawdopodobnie jest rybitwą lub jeszcze czymś innym.
Na nocleg płyniemy na wyspę Vis, nawet nie rozwijamy żagli, bo okazuje się, że port jest tuż za winklem. Przybijamy do kei, jest trochę nerwowo, zamieszanie z muringami i cumami, ale sytuacja zostaje szybko opanowana i już na pamiątkowej pocztówce, zrobionej przez pracowników portu, wyglądamy zawodowo. Potem Kuba powie, że na morzu zawsze jest taki moment, że trzeba kogoś opieprzyć, no i to był właśnie ten moment.
Po zacumowaniu tradycyjny sznureczek pod prysznice, potem sznureczek po piwo i sznureczek do zwiedzania miasta, a miasto jest naprawdę urocze. Wąskie uliczki, domki z białego wapienia z kolorowymi okiennicami, mnóstwo kwiatów, (co prawda nie ma nasturcji, ale nie szkodzi) malutkie kraby śmigające pomiędzy kamieniami, kolorowe katarynki, leniwi wieczorni rybacy i wszędzie zapach morza pomieszany z zapachem ryb, lawendy i wolności.

2827

 

 

 

 

 

Wracamy na łódkę, ledwo trzymam się na nogach, ale pyszna kolacja i wino trochę mnie rozbudzają. Potem jeszcze idziemy do parku pojedynkować się na śpiew z miejscowymi. Przy naszych „Sokołach” zdecydowanie wymiękają. Wracamy na łódkę. Ci najbardziej zmęczeni idą spać, ci najmniej łowią ryby bosakiem, a Mich zasypia w kokpicie. (Kokpit – w żeglarstwie jest to duże zagłębienie w odkrytym pokładzie jachtu, w którym mogą przebywać osoby lub co najmniej trzymać tam opuszczone nogi. Wikipedia) Michał akurat wyjątkowo nie opuścił nóg.

Piątek

Rano budzi nas kot. Mniej więcej godzinę miauczy i domaga się jedzenia, w końcu Mich rzuca mu resztki z naszej wczorajszej kolacji i kotek zadowolony rozpoczyna koncert przy jachcie obok. Spryciarz.
Wypływamy. Moja wachta kambuzowa. Tym razem udaje mi się wytrwać pod pokładem. Pierwszy pochmurny dzień, trochę pada, ale nadal jest gorąco. Tradycyjnie płyniemy na kąpiel. Ponieważ słońce nie praży, wszyscy jakoś się ociągają ze wskoczeniem do wody, ale to w końcu ostatnia kąpiel w zatoce, wskakujemy!
Wykąpani, wyleżeni i wyfoczeni płyniemy dalej. Zanim zawiniemy z powrotem do Marina Kastela, chcemy obejrzeć Split od strony morza, kurs na tamten cypel, tam jest Split – zarządza kapitan. Po chwili słychać śmiech Kuby, okazało się że właściwie nikt z nas nie zauważył, że w międzyczasie zmieniliśmy kurs na inny cypel, a Split okazał się być gdzie indziej. Oglądamy Split z łódki, tutaj będziemy jeszcze jutro. Zawracamy i płyniemy do Kasteli. Ostatnie chwile na morzu, szkoda, że to już…

2930

 

 

 

 

 

Kuba rzuca propozycję, że można się powoli pakować, ale nikt z nas się nie rusza, na pakowanie jeszcze będzie czas. Przed przybiciem do kei, stajemy w kolejce do stacji benzynowej. Tam, nasi znajomi panowie w czerwonych koszulkach, wlewają nam paliwo. Jeden z nich nawet mnie poznaje i pyta jak głowa, a głowa dobrze. Cumujemy w porcie, obok innych łódek, które tego dnia zakończyły rejs. Oj będzie kilka hucznych wieczorów kapitańskich! Pierwsza rzecz to prysznic, jak zwykle, sznureczek wyrusza. Odświeżeni i wypachnieni rozpoczynamy przygotowania do wieczoru kapitańskiego. Sałatka z tuńczyka, kanapki, deser owocowy i tradycyjny osiołek, na który już od początku rejsu szykowaliśmy gardła. Wszyscy w strojach wieczorowych, panie w jedwabnych sukniach, panowie w garniturach pod krawatem. Jest wykwintnie i uroczyście, wszystko już gotowe, czekamy tylko na Łukasza, który tradycyjnie zniknął gdzieś z kamerą. W końcu przychodzi i w komplecie zaczynamy kapitańską biesiadę. Jest pysznie i wesoło, każdy z nas dostaje opinię i dobre słowo od kapitana. Kapitan, w zamian, dostaje dobre słowo od nas wszystkich. Dziesięć litrów osiołka znika w oka mgnieniu, jest już bardzo wesoło. Artur wyciąga urodzinową śliwowicę i już nic nam więcej nie potrzeba do szczęścia. Włączamy karaoke i pojedynkujemy się na piosenki z łódką Polaków naprzeciwko. Oni tradycyjnie z akompaniamentem gitary, my, młodzi, nowocześni z akompaniamentem laptopa. Kiedy jeszcze śpiewamy, Kuba wygina śmiało ciało, przy okazji wylewając drinka na niebieską spódnicę Agi. Mnie śliwowica już lula do snu, prawie zasypiam w kokpicie. O godzinie 2 wszyscy grzecznie dreptają do swoich koi.

3132

 

 

 

 

 

 

sobota

Ekspresowo opuszczamy łódkę. Ze strat, jedna zbita szklanka. Czerwone koszulki wyrażają swoje zadowolenie: If it will be that kind of problem on each boat, we will be very, very glad. Odjeżdżamy pierwszym miejskim autobusem do Splitu. Tam wychodzimy na deptak, zwiedzamy starówkę i Pałac Dioklecjana. Potem pyszna pizza i piwko. Inez z Andrzejem mają z nas ubaw, bo tak jesteśmy przejęci wyborem stolika, że nie zauważamy ich siedzących tuż obok. Najedzeni, idziemy się pobyczyć w parku. Ostatnie chorwackie wino szybko znika w naszych gardłach. Wtedy też powstaje słynna kolekcja fotograficzna Artura – makrokosmos. Idę jeszcze z Karoliną pospacerować po porcie i przeżyć przygodę życia. Względnie nam się to udaje, chyba że przeciągłe spojrzenia Chorwatów można nazwać przygodą życia. Idziemy odebrać bagaże i ledwo zdążamy na autobus na lotnisko. Ale zdążamy i według planu wsiadamy na pokład samolotu linii Norwegian, który dowiezie nas szczęśliwie do domu. Nas, nasze przeżycia, doświadczenia, przygody i nowe znajomości.

3334

 

 

 

 

 

Ktoś kiedyś powiedział, że wyjechać to jakby trochę umrzeć. Ale wyjechać, przeżyć fantastyczny tydzień na przepięknych wodach Adriatyku ze wspaniałymi ludźmi, to jakby narodzić się na nowo!

Aleksandra Pawlak