Cyklady: boskie wyspy

lavrionLavrio

Nasz 2-tygodniowy rejs po Cykladach zaczynamy w Lavrio. Do Lavrio dojechaliśmy prosto z lotniska ateńskiego autobusem z przesiadką w miasteczku o nazwie podobnej do Markopolo. Na szczęście autobus dowozi prosto do mariny i nie trzeba się tarabanić z pełnym bagażem po mieście. Siedziba naszego armatora – Anemos Yachting jest niepozorna i mieści się w rzędzie budek z lewej strony mariny. Musieliśmy trochę poczekać aż posprzątają nasz jacht, więc w międzyczasie postanowiliśmy wykonać bardzo ważną czynność, czyli zakupy dla 8 osób na kolejnych kilka dni. Niedaleko portu w Lavrio znajduje się PAP Supermarket, gdzie można kupić produkty chemiczne, spożywcze i świeże warzywa i owoce a na dodatek miły pan w cenie zakupów zapakuje nam wszystko w kartony i dowiezie pod sam jacht, tylko trzeba mu powiedzieć, gdzie on stoi. Zanim nam dowieźli zakupy dokonaliśmy odbioru jachtu. Odbiór przebiegł szybko i sprawnie. Nasz jacht Bawaria 37 Cruiser o wdzięcznej nazwie „APHRODITI” był czysty, sprawny i gotowy do rejsu.

Po rozpakowaniu bagaży i zakupów mogliśmy się spokojnie położyć spać, bo następnego dnia o świcie czekała nas już przygoda. Niestety nasz spokojny sen nie do końca był spokojny bo okazało się, że w dzień ciche sąsiedztwo Klubu Paradisio w nocy okazuje się centrum lansu i bounce’u w Lavrio a na dodatek nad ranem dojechała pozostała część załogi podekscytowana niezbyt miłą obsługą przez lotniskowych taksówkarzy.

Jacht_Bavaria_37 Jacht_Bavaria_37_srodek

 

 

 

 

 

Nasz jacht Bavaria 37 Cruiser „APHRODITI” gotowy do rejsu: na zewnątrz i w środku.

Lavrio_jachtyJachty czekające na załogi w porcie Lavrio

Syros

Z Lavrio czekała nas długa droga – ok. 58 Mm na południowy wschód do Syros. Wiatr wiał słaby ok.2-3 B a potem zupełnie zgasł, więc żeby zdążyć przed wieczorem do Ermoupoli musieliśmy zwinąć żagle i włączyć silnik. Jak na pierwszy dzień żeglowania po morzu (dla części załogi był to pierwszy raz na morzu) to pogoda była przyjemna. Świeciło słoneczko, woda wabiła swoim ciemnobłękitnym kolorem. Nie zabrakło też niespodziewanych atrakcji. Na południe od bezludnej skalistej wyspy Ghiaros ktoś wypatrzył kawałek ciemnej masy pojawiający się od czasu do czasu na płaskiej powierzchni wody w bliskiej odległości od jachtu. Z czasem ciemnych kawałków było więcej i przybrały one znajome z filmów przyrodniczych kształty delfinów. Szczęście załogi sięgnęło zenitu. Nie dość, że mamy upragniony urlop i piękne widoki, to jeszcze delfiny pierwszego dnia! Żeby jeszcze poprawić humory załodze kapitan zawinął do małej zatoczki na zachodnim wybrzeżu Syros, gdzie stanęliśmy na kotwicy i nie zwlekając wskoczyliśmy do lazurowej toni. To był idealny moment na wypróbowanie naszego ABC (maski z rurką i płetw). Okazało się, że w tak niepozornej z daleka zatoczce kryją się pod wodą prawdziwe skarby: kolorowe rybki, płaszczki i dziwne stwory podwodne, wyglądające na martwe, ale otwierające co jakiś czas swoją paszczę.

wypatrujac delfinow snurkowanie
Snurkowanie w zatoczce Wypatrując delfinów
Na nocleg zawinęliśmy do stolicy wyspy Syros – Ermoupoli – 13-tysięcznego miasta stoczniowego wznoszącego się na 2 wzgórzach. Zacumowaliśmy w porcie jachtowym, który znajduje się na uboczu miasta i do centrum trzeba kawałek dojść. Ponieważ był to akurat dzień meczu Polska-Niemcy na mistrzostwach Europy, to nasza męska połowa załogi mocno ciągnęła całą wycieczkę do miasta. Ermoupoli ma inny charakter niż typowe greckie miasta. Szczególnie widoczne jest to na placu Miaouli zbudowanym z marmuru i otoczonym monumentalnymi budowlami. Można też spróbować wspiąć się na jedno ze wzgórz górujących nad miastem, lecz nie jest to takie proste wśród krętych uliczek prowadzących w górę. Po szybkim city-tourze znaleźliśmy knajpkę z wielkim ekranem, gdzie mogliśmy obejrzeć mecz przy greckim piwie i greckich przystawkach. Niestety okazało się, że nie mamy co tej nocy świętować i po meczu smętnie powlekliśmy się na naszą Afrodytę.

Ermoupolimecz w Ermoupoli

 

 

 

 

 

Widok z jachtu na Ermoupoli Oglądając mecz w Ermoupoli

Mykonos i Delos

W drodze na Mykonos nareszcie korzystaliśmy z wspaniałej żeglarskiej pogody. Mocniejszy wiatr plus słoneczne niebo sprawiły, ze łódź nabrała przechyłu, fale uderzały o burtę, bardziej doświadczona część załogi z przyjemnością napawała się wiatrem we włosach i większą prędkością, a ta mniej doświadczona część kurczowo trzymała się wszystkiego, co miała pod ręką. Wiatr wzmagał się i z prognoz wynikało, że to początki meltemi. Na noc postanowiliśmy zacumować na kotwicowisku w zatoce Ornos trochę zasłoniętej od wiatru lądem. Zatoka i miejscowość Ornos to urocze miejsce na stacjonowanie. Można się wygrzać na miejscowej plaży, jest to również świetna baza wypadowa do stolicy Mykonos, do której jest 2 km. Z Ornos do Mykonos jeżdżą autobusy z przystanku przy plaży, bilety można kupić w pobliskim markecie.

ornos_2ornos_1

 

 

 

 

 

Kotwicowisko Ornos Zejście na ląd

Do stolicy Mykonos wybraliśmy się z samego rana następnego dnia. To tam spotkaliśmy najbardziej typową dla Cyklad architekturę: zawiłe, wąskie uliczki pomiędzy wybielonymi domkami z drzwiami i okiennicami we wszystkich odcieniach błękitu i ukwieconymi krzewami. Przechodząc przez miasto nie mogliśmy się opanować przed robieniem zdjęć i oglądaniem witryn sklepowych. Musieliśmy jednak przejść szybko, ponieważ o godzinie 11 wypływa ostatni prom na wyspę-muzeum, Delos. Na promie cieszyliśmy się, że nasz plan dopłynięcia do Delos bezpośrednio jachtem odpadł, ponieważ przy wiejącym meltemi zrobiły się duże fale i nawet sporym promem nieźle rzucało, a woda zalewała ludzi siedzących na odkrytym pokładzie. Na Delos trzeba kupić bilet, jak do muzeum, ale to najwspanialsze muzeum, jakie kiedykolwiek zwiedzałam. Na tej niewielkiej, skalistej wysepce można podziwiać pozostałości świątyń Apollina i Artemidy, którzy według legendy urodzili się na Delos, jak również budowli użyteczności publicznej i prywatnych pałaców. Ze szczytu wzgórza można podziwiać wspaniałą panoramę okolicznych wysp. Nie ma żadnej wytyczonej trasy zwiedzania wyspy, nasza załoga się podzieliła na podgrupki i każdy w swoim tempie zwiedzał wyspę tak, jak go nogi poniosły. Musieliśmy się jednak pilnować, żeby nie przegapić ostatniego promu powrotnego o godzinie 15, bo potem życie na wyspie zamiera i zostaje już tylko ochroniarz.

Delos_3(1)Delos_2(1)

 

 

 

 

 

widok ze szczytu na zabytki Delos Pozostałości antycznego świata na Delos

Po powrocie do Mykonos, zmęczeni zwiedzaniem i upałem, który panował na Delos, usiedliśmy na obiad w tawernie przy porcie. Atrakcją dla klientów tej tawerny był pelikan, który się przechadzał nieopodal w oczekiwaniu na poczęstunek od obsługi tawerny. Ku naszej radości pelikan otrzymał zasłużoną długim i cierpliwym pozowaniem świeżą, dużą rybkę. Byliśmy pewni, że to ten słynny, opisywany we wszystkich przewodnikach pelikan Petros, ale kiedy niedaleko spostrzegliśmy całe stadko śpiących pelikanów, stwierdziliśmy, że to niechybnie jakaś rodzina Petrosa. Odświeżeni zimnym piwkiem i posileni greckimi specjałami ruszyliśmy na dalsze zwiedzanie Mykonos. Z tawerny już kilka kroków dzieliło nas od słynnej Małej Wenecji – artystycznej dzielnicy położonej malowniczo nad samym brzegiem morza, pełnej barów, kawiarni i klubów, gdzie wieczorem tętni życie. Z Małej Wenecji widać często fotografowany rząd wiatraków zapatrzonych w morze.

Mykonos_1(1)Mykonos_2(1)

 

 

 

 

 

Nawet Mała Wenecja i wiatraki Mykonos nie cieszą, gdy głowę zaprząta strata kamery

Nie był to niestety czas na napawanie się widokami. W międzyczasie odkryliśmy bowiem brak kamery… Najbardziej prawdopodobna teoria na temat miejsca pobytu zaginionej kamery mówiła, że kamera została na Delos, gdzieś w okolicy starożytnego teatru, gdzie była widziana po raz ostatni. Jedyna możliwość sprawdzenia tej teorii to ponowna podróż promem z Mykonos na Delos następnego dnia. Krzyżowało to się z naszym planem rejsu, zgodnie z którym powinniśmy wypłynąć wieczorem, żeby rano zawitać na Amorgos. Prognozy również były przeciwko nam, meltemi miało się wzmagać i kolejny dzień i noc miał być bardzo trudny. Kapitan zgodził się zaczekać na ekipę poszukującą kamery. Oznaczało to, że tę noc i kolejny dzień spędzamy w zatoce Ornos. Ta noc była pełna wyczekiwania. Wiatr wiał mocno i nasz jacht bujał się z jednej na drugą stronę, mimo, że rzuciliśmy 2 kotwice. Co gorsza, tuż obok nas przycumował całkiem spory statek, który również się bujał i były chwile, że nasze kursy były zbieżne. A na statku wydawało się, że nikogo nie ma, bo okrzyki i znaki latarką nie przynosiły żadnych efektów. Dopiero trąbka na sprężone powietrze, częsty ekwipunek zagorzałych kibiców piłki nożnej, zdołała obudzić kogoś z obsługi i statek się odsunął. Dopiero wtedy kapitan mógł iść spać, choć nie był to sen spokojny. Następnego dnia cała załoga miała wolne i mogła się oddawać kąpielom słonecznym i wodnym na plaży, podczas gdy ekipa ratunkowa szukała swojej kamery na Delos. Na szczęście nie czekaliśmy na darmo, kamera leżała spokojnie na schodkach teatru na Delos ku radości wszystkich. Nareszcie mogliśmy się szykować do pierwszego nocnego przelotu na Amorgos.

Amorgos

Droga na Amorgos była pierwszą prawdziwą żeglarską przygodą na tym rejsie, szczególnie dla tych, którzy nigdy wcześniej nie pływali nocą. Wiał mocny wiatr, fale ogromne, na dodatek widać tylko czerń nocy i w dali różne światełka. I tylko dwie osoby z załogi na pokładzie, żeby się w tym wszystkim połapać. Reszta śpi słodko. Na szczęście kapitan czuwał przy każdej wachcie, korygował kurs, poprawiał żagle, tłumaczył, jak odróżnić inne obiekty pływające od latarni i jak się z żadnym z nich nie zderzyć. Przez pierwsze dwie godziny każda wachta oswajała się z nową stresującą sytuacją, przez kolejną godzinę, kiedy już się wyluzowała, gadała o wszystkim, a ostatnią godzinę już powoli robiła się senna i odliczała czas, żeby już móc obudzić kolejną wachtę i przekazać im ster. Na szczęście wiatr słabł z każdą godziną i warunki się zrobiły spokojniejsze. W końcu wachta poranna wraz ze świtem ujrzała niepozorną sylwetkę Amorgos – wyspy sławnej głównie z tego, że Luc Besson kręcił tam kilka scen „Wielkiego Błękitu”. Na razie jednak żadnego specjalnego błękitu nie było, tylko surowy górzysty krajobraz wyspy z nielicznymi białymi domkami i kościółkami.

Amorgos_1(1)Amorgos_7(1)

 

 

 

 

 

Poranek w Katapola Kocie powitanie w porcie

Zacumowaliśmy w porcie Katapola, gdzie przywitało nas stadko kotów. W miasteczku udało się wypożyczyć dwa samochodziki do zwiedzania wyspy, do których od razu się wpakowaliśmy i skierowaliśmy się do głównej atrakcji – bizantyjskiego monasteru Panagia Chozoviotissa. Samo jeżdżenie po wyspie jej krętymi drogami jest nie lada atrakcją, po drodze widać wspaniałe widoki zielonych wzgórz i skał. Wysiedliśmy na małym parkingu, gdzie stały już samochody i rozejrzeliśmy się za monasterem, którego stamtąd nie widać. Brama i kamienne schodki wskazały nam drogę i dopiero za zakrętem zaparło wszystkim dech w piersiach. Droga do monasteru pięła się w górę wśród skał, na jej końcu widać białą bryłę przyklejoną do skał – to właśnie monaster, a poniżej widać…wielki błękit.

Amorgos_2(1)Amorgos_3(2)

 

 

 

 

 

Monaster Panagia Chozoviotissa… i widok z niego

Monaster można w środku zwiedzać, tylko trzeba być przyzwoicie ubranym, tzn. w długie spodnie lub spódnicę i mieć zakryte ramiona. Tyczy się ta zasada głównie kobiet, bo faceci w krótkich spodenkach spokojnie wchodzili, a dziewczyny mogły pożyczyć długie chusty do okrycia się. W monasterze żyją i modlą się mnisi, dlatego nie można ich rozpraszać. Po sesji zdjęciowej na tarasie z przepięknym widokiem zostaliśmy zaproszeni przez mnicha na poczęstunek ze słodkiej galaretki i jakiejś wódki…tak źle to ci mnisi nie mają. Po monasterze wsiedliśmy w nasze małe samochodziki i kolejną krętą drogą pojechaliśmy na północ do wioski Aegiali, żeby tam w lokalnej tawernie oddać się rozpasanej konsumpcji. Po posiłku wszyscy zaczęli odczuwać efekty nocnej wachty, więc udaliśmy się na plażę na południu wyspy w celu rekreacji. Niestety trochę się zgubiliśmy po drodze i kiedy już dojechaliśmy na miejsce, to część załogi była już tak zmęczona, że nie chciała nawet zejść na plażę, która z góry wyglądała, jak kupa kamieni. Jednak zejście opłaciło się. To była najpiękniejsza plaża, jaką widzieliśmy na Cykladach. Kamienista wprawdzie, ale woda miała taki kolor, że trudno było z niej wyjść. Nawet o zmęczeniu zapomnieliśmy z tego zachwytu, zresztą trudno jest drzemać, jak na twarzy maska, w ustach rurka, a na nogach płetwy, które same nas niosą za jakąś kolorową rybką.

Amorgos_5(1)Amorgos_6(1)

 

 

 

 

 

Na Amorgos łatwo spotkać kozę Plażowanie na Amorgos

Po plaży wróciliśmy na jacht, gdzie przespaliśmy się trochę. Jednak czekała nas kolejna noc na morzu, ponieważ straciliśmy już jeden dzień na zapomnianą kamerę i żeby dopłynąć do Thiry i wrócić na czas, musieliśmy płynąć dalej.

Thira (Santorini)

Nocna droga przebiegła w spokoju, warunki były dobre i załoga była już zbyt zmęczona, żeby się emocjonować nocnym żeglowaniem. Jedyną niespodzianką było spotkanie grupy delfinów późnym wieczorem przez jedną z wacht. Rano przycumowaliśmy w porcie w niedużej wiosce rybackiej Vlihada na południu najsłynniejszej wyspy Cyklad – Thirze częściej znanej pod nazwą Santorini. Szybki zwiad wykazał, że z okolicy jeździ tylko jeden autobus i jest dopiero o 14-tej, dlatego wdrożyliśmy plan B. Chłopcy nawiązali kontakt z miejscową wypożyczalnią samochodów i zaraz pędziliśmy samochodzikiem w kierunku pierwszej atrakcji: Akrotiri – zasypanego popiołem wulkanicznym miasta, takich greckich Pompej. Właściwie to pędziłyśmy, bo z oszczędności wypożyczyliśmy jeden samochód i postanowiliśmy się przemieszczać na raty, więc pierwszą turą były dziewczyny. Szybko okazało się, że lepszym pomysłem byłyby 2 samochody, bo odległości między miejscowościami na Thirze są duże i łatwo zabłądzić po drodze.

wachta poranna(1)czerwona_plaza_Thira(1)

 

 

 

 

 

Wachta poranna 4-8 rano Czerwona plaża na Thirze

Akrotiri było od dawna zamknięte do zwiedzania, ale nie wspomniał o tym żaden przewodnik. Spędziłyśmy więc jakąś godzinę czekając na parkingu na samochód z chłopakami. Potem oni wysiedli, a my się wpakowałyśmy do samochodu w drogę do stolicy Thiry – Firy. Chłopcy lepiej wykorzystali czas oczekiwania na samochód, ponieważ poszli na czerwoną plażę, która była nieopodal. Dużo potem o niej opowiadali i pokazywali zdjęcia, więc trochę byłyśmy złe, że tam nie dotarłyśmy, tylko się smażyłyśmy w upale na parkingu przez godzinę… W Firze już lepiej wykorzystałyśmy czas oczekiwania na chłopaków, bo zwiedzając przepiękne uliczki tego miasta natrafiłyśmy na stragan z biżuterią. Trochę się potargowałyśmy i dalsze zwiedzanie odbyło się w lepszym humorze z nowymi kolczykami, naszyjnikami i bransoletkami na sobie.

Fira_Thira_2(1)Fira_Thira_1(1)

 

 

 

 

 

Fira na stromych zboczach kaldery wulkanu i zakupy w Firze

Fira robi ogromne wrażenie. Jest położona na wysokim stromym zboczu wybrzeża, z którego roztacza się widok na kalderę wulkanu, który tu jest uśpiony. Piękna pogodna i białe domki nie wskazują na historię, jaka tu się kiedyś rozegrała i może się powtórzyć w każdej chwili. Wybuch tego wulkanu zniszczył cywilizację minojską, która zamieszkiwała Thirę oraz pobliskie wyspy. Fala tsunami, która powstała od wybuchu miała zatopić mityczną Atlantydę. Obecna Fira tętni życiem turystycznym, pełno w niej uroczych knajpek z widokiem na morze, sklepów z pamiątkami i osiołków wożących turystów po stromym zboczu. To prawdziwy raj dla fotografa. Chyba najwięcej zdjęć Cyklad pochodzi z Firy właśnie. Jedyny problem, z jakim muszą żyć mieszkańcy wyspy, to całkowity brak słodkiej wody. Woda w kranach jest odsalana i ma słony posmak, dlatego lepiej zatankować wodę na jacht na innej wyspie, bo w portach Thiry nie ma dostępu do słodkiej wody. Po zwiedzaniu i lekkim posiłku w Firze wybraliśmy się na północny kraniec wyspy, do miejscowości Oia, równie uroczej, choć mniejszej od Firy. Wszystkie przewodniki piszą, że w Oia jest jeden z najpiękniejszych zachodów słońca na świecie, więc wraz z innymi turystami zebraliśmy się na zamku, żeby podziwiać ten widok. Rzeczywiście jest co podziwiać, bo białe mury Oia w kolorach zachodzącego słońca plus błękitne morze to niezapomniany widok.

Fira_Thira_3(1)Oia_Thira(1)

 

 

 

 

 

Osiołki w Firze Zachód słońca w Oia

Po tylu wrażeniach ze zwiedzania wyspy wróciliśmy na jacht, gdzie czekała nas mała imprezka urodzinowa i wreszcie upragniona noc snu. Choć chyba nie wszyscy spali, bo część załogi utrzymuje do dziś, że się kąpała w nocy w basenie pobliskiego hotelu, a może im się tylko przyśniło…

Milos

Rano wypłynęliśmy z Vlihady, ale nie chcieliśmy się jeszcze żegnać z magiczną wyspą Santorini, dlatego postanowiliśmy przepłynąć przez krater wulkanu i zobaczyć Firę i Oia od strony morza. Po drodze podziwiać można czerwoną plażę, która z daleka wyróżnia się swoim kolorem oraz czarne wulkaniczne wysepki wewnątrz krateru: Nea Kameni i Palea Kameni. Białe domki Firy i Oia z daleka wyglądają jak śnieg na wysokich zboczach wybrzeża. Wkrótce pożegnaliśmy Thirę i podążyliśmy w kierunku Folegandros, żeby jeszcze przed zmrokiem zobaczyć wysokie skaliste klify, z których słynie ta wyspa. Był to prawdziwy wyścig z czasem, jednak zachód słońca nas prześcignął i wysoką sylwetkę Foldegandros widzieliśmy już w gasnącym świetle. W nocy opłynęliśmy Folegandros od północno-wschodniej strony, żeby się schronić przed silnym wiatrem.

Thira_1(1)Milos_1(1)

 

 

 

 

 

Wewnątrz kaldery Thiry Arkadia witająca na Milos ze słoniem

O świcie wachta poranna przywitała się z wyspą, na której znaleziono sławny posąg Wenus – Milos. W świetle wschodzącego słońca pięknie zaprezentowały się słynne skały Milos – Arkadia o charakterystycznym kształcie słonia. My opłynęliśmy wyspę od zachodu, żeby dotrzeć do Kleftiko. Kleftiko to przepiękne miejsce na południowo-zachodnim wybrzeżu Milos pełne niesamowitych formacji skalnych, jaskiń i grot. Ponieważ podłoże jest wapienne, woda jest przejrzysta i lazurowa. Można zakotwiczyć nieopodal skał i dać nura do wody. My podpłynęliśmy pontonem do kawałka płaskiej skały i stamtąd oddawaliśmy się podziwianiu podwodnych widoków.

Milos_2(1)Milos_3(1)

 

 

 

 

 

Formacje skalne Kleftiko Opalanie i snurkowanie w Kleftiko

Po plażowaniu w Kleftiko ruszyliśmy do Adhamas na zasłużony nocleg. Adhamas to niewielki port pełen tawern i sklepów z pamiątkami. Zaraz za portem znaleźliśmy mały kościółek, gdzie akurat trafiliśmy na lokalne święto. Pod kościołem zebrało się sporo raczej starszych ludzi. Była też kapela, muzyka, tańce, wino i przekąski przygotowane przez parafianki. Nareszcie jakiś lokalny folklor! Kiedy już nacieszyliśmy oczy lokalną kulturą, a żołądki lokalną strawą, ruszyliśmy na podbój miasteczka. Niestety niewiele się tego wieczoru działo. Pokręciliśmy się trochę i wróciliśmy na jacht.

Serifos

Kolejnym naszym celem było zobaczenie klasztoru Chrisopigi na wyspie Sifnos. Nasz kapitan planując trasę rejsu zobaczył gdzieś w Internecie zdjęcie tego klasztoru i tak go ono zauroczyło, że spędził trochę czasu, żeby je zlokalizować na mapie. No i jakimś cudem go znalazł. Na szczęście dla nas, ponieważ klasztor jest przepięknie położony na samym cyplu, oddzielony od lądu mostkiem.

Sifnos_Chrisopigi(1)Serifos_1(1)

 

 

 

 

 

Klasztor Chrisopigi na Sifnos Odpoczynek w drodze na górę w Livadhi

Zakotwiczyliśmy w pobliskiej zatoce i oczywiście, jak w każdej pięknej zatoce, wskoczyliśmy do wody. Po odświeżeniu się i obejrzeniu klasztoru z każdej strony ruszyliśmy w kierunku wyspy Serifos. W Serifos stanęliśmy w zatoce Livadhi. Główną atrakcją Livadhi jest możliwość spaceru na wzgórze, na którym jest górne miasto. Sam spacer jest męczący w upale pod górę, ale po drodze mija się tak piękne widoki, że nikt nie narzekał. Górne miasto jest urocze z domkami pełnymi ozdób i kolorową roślinnością.

Serifos_2(1)Serifos_3(1)

 

 

 

 

 

Widok ze szczytu na Livadhi Podziwianie panoramy Livadhi

Na szczycie czekała nas największa niespodzianka – mały kościółek grecki, na murach którego można odpocząć i podziwiać panoramę na całą zatokę i okoliczne wyspy. Po kilku dniach siedzenia na jachcie i pływaniem jako jedyną formą ruchu taki spacer był świetny dla rozruszania kości i mięśni.

Kithnos – Fikiada

Na Kithnos popłynęliśmy w jednym celu – zobaczyć niesamowite dzieło natury w zatoce Fikiada. Fenomen tego miejsca polega na tym, że są to dwie zatoki odgrodzone jedynie cienkim pasem piaszczystej plaży.

Fikiada_4(1)Fikiada_3(1)

 

 

 

 

 

Zatoka Fikiada z góry Zbiorowe łowienie ryb

Woda po obu stronach jest niebieściutka i z maską można obserwować dziwne życie podwodne. Piaszczysty pas łączy dwa wzgórza. Po jednej stronie jest biały kościółek i pasą się kozy, a po drugiej cykają cykady na jedynym drzewie nieopodal jedynej knajpki, gdzie wieczorem można napić się zimnego piwa. Warto tu stanąć na noc dla samego widoku o zmierzchu, kiedy z jednej strony widać zachód słońca a z drugiej już księżyc. Niesamowite przeżycie.

Fikiada_1(1)Fikiada_2(1)

 

 

 

 

 

Widok w jedną…………………………………….. i w drugą stronę o zmierzchu

Podczas naszego kotwicowania w zatoce, cała załoga, jak dzieci, bawiła się odkrywaniem śmiesznych żyjątek podwodnych. Niektórzy utrzymują, że znaleźli kosmitów 🙂 Wieczorem wszyscy znowu zafascynowali się łowieniem ryb na żyłkę z haczykiem, gdzie ryby było widać z daleka pod naszym jachtem, tylko jakoś im się haczyk nie podobał. Czas spędzony w zatoce to prawdziwy beztroski odpoczynek i dużo radości pod koniec naszego rejsu.

Kea

Kea była naszym ostatnim przystankiem przed powrotem do Lavrio. I to podwójnie ostatnim przystankiem. Ponieważ część naszej załogi musiała wyjechać wcześniej, więc wieczór kapitański odbyliśmy w wiosce rybackiej Vourkari. Wieczór był udany, w związku z czym nie będzie obszernego opisu ani wioski, ani wieczoru i przejdziemy od razu do drugiego ostatniego wieczoru na wyspie Kea. Po odstawieniu dwójki z naszej dzielnej załogi w Lavrio wróciliśmy na wyspę Kea, żeby jak najdłużej korzystać z uroków Cyklad. Zakotwiczyliśmy w rozległej zatoce Koundouros. Tu po raz ostatni pluskaliśmy się w wodzie i podglądaliśmy podwodny świat. Pod naszym jachtem swoją kryjówkę miała murena i nie wiadomo, kto kogo bardziej podglądał…

Kea_Vourkari(1)Kea_2(1)

 

 

 

 

 

Wioska rybacka Vourkari Ostatni skok do wody na Cykladach

Wieczorem przetransportowaliśmy się pontonem na brzeg w poszukiwaniu knajpki. Jedną znaleźliśmy przy samym brzegu, ale wieści głosiły, że po krótkim spacerze w górę znajdziemy kultową tawernę, która chyba jednak już tam nie istnieje. Na szczęście znaleźliśmy inną tawernę i spędziliśmy w niej cudowne, nieco nostalgiczne chwile. Ostatni wspólny wieczór po dwóch tygodniach wspólnej zabawy, pracy, rozmów, wypoczynku, śmiechu, ale też drobnych nieporozumień uświadomił nam, że czas wracać do smutnej rzeczywistości. Pierwszym znakiem, że wracamy do rzeczywistości był fakt, że rano odkryliśmy brak dużego obijacza, zwanego przez nas bulwą. Ostatni dzień i ktoś musiał nam zwinąć bulwę, bo na pewno sama nie uciekła. Powrót do Lavrio okazał się nie być już tak sielankowy, jak cały rejs. Akurat zaczęło wiać meltemi na dobre i musieliśmy płynąć pod wiatr przy 6. Taka kropka nad i, żeby nikt nie mówił, że mu brakowało przygód żeglarskich w rejsie po Cykladach. W Lavrio już wszystko poszło szybko i sprawnie. Odkupiliśmy bulwę, spakowaliśmy się, posprzątaliśmy, zdaliśmy jacht i z głowami pełnymi świeżych jeszcze wspomnień pojechaliśmy na lotnisko. Ale już w samolocie zaczęliśmy snuć plany co do kolejnego rejsu… Kanary? Baleary? a może Karaiby?